w

Zguba

Jeśli mój przełożony do jutra mnie nie zabije to chyba sam rozważę popełnienie samobójstwa. Przynajmniej tego zawodowego. Nie wiem jak ja to zrobiłem i jak to się mogło stać, ale wczoraj po spotkaniu z klientem, którego udało mi się namówić na ogromny leasing i bardzo wysokie raty leasingowe, gdzieś zagubiłem umowę, którą spisałem razem z klientem. Klient jest właścicielem małej firmy sprzedażowej, potrzebował kilku samochodów dla swoich przedstawicieli, a ja jako doradca ds. leasingu Wrocław zatrudniony w firmie związanej z rynkiem motoryzacyjnym poleciłem mu odpowiedni salon i odpowiedni rodzaj leasingu. Klient był zadowolony, ja byłem przeszczęśliwy i wieczór wydawał się być wspaniały. Wracając do domu wstąpiłem do osiedlowego sklepiku i kupiłem butelkę wina, by w samotności uczcić wielki zawodowy sukces.

W zaciszu domowego ogniska postanowiłem jeszcze raz rzucić okiem na umowę, która stała się podstawą do bardzo wysokiej premii miesięcznej i dosłownie zlałem się potem gdy okazało się, że w teczce owej umowy nie ma. Przez piętnaście minut przetrząsałem teczkę i torbę do laptopa. Później poszedłem nawet do samochodu, by sprawdzić, czy wspomniana umowa nie wypadła mi gdzieś pod siedzenie. Niestety, umowę wcięło a ja stanąłem w obliczu ogromnych problemów. Taka umowa to świętość, której nigdy nie powinno się spuszczać z oczu. Po to sporządza się ją w dwóch egzemplarzach, żeby każda ze stron miała oryginał dla siebie. Mój oryginał niestety gdzieś wcięło. Nie mam nawet kopii.

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.